– Musimy znów ratować Awersję! – denerwuje się młodzież z „Balzera”. – Klaczy niczego nie brakuje – zapewniają ochroniarze zwierząt z Krakowa. W grudniu ubiegłego roku miała miejsce akcję ratowania przed rzeźnią klaczy Awersja, którą z powodzeniem zorganizowali licealiści z zakopiańskiego „Balzera”. Znaleźli dla wykupionej spod noża klaczy dom na Mazurach, gdzie czeka na nią zagroda i towarzystwo innego konia.
Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, które nie mogło zorganizować transportu zwierzęcia, przekazało je bratniej organizacji z Krakowa. Koń miał szybko trafić we wskazane miejsce. – Jakież było nasze zdziwienie, gdy mimo wielokrotnych interwencji okazuje się, że klacz wciąż jest w Gdowie. Zamiast trafić do miejsca przeznaczenia, które znaleźliśmy z Fundacją „Nasza Szkapa”, zwierzę cierpi – przekonuje radna Alina Łojas, której córka wraz z rówieśnikami zorganizowała akcję ratowania Awersji przed rzeźnią. Dodaje, że po wielokrotnych prośbach o wyjaśniania postanowiła odwiedzić klacz w Gdowie. – Stoi w starej, ciemnej stajni, bez siana, na betonie, w jednym boksie z drugim koniem. Ma zmiany grzybicze na pysku i kopytach. Bardzo schudła. W Ludźmierzu, skąd ją przewieziono, miała super. Poza tym, gdybyśmy wiedzieli, że tak długo trwać będzie jej przetrzymywanie w Gdowie, już dawno zebralibyśmy pieniądze na transport na Mazury – denerwuje się Alina Łojas.
W Krakowskim Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami podkreślają, że w momencie przekazania konia, zwierzę nie nadawało się do transportu. – Istniało ryzyko, że tak wiekowy koń, po przebytych chorobach, nie przetrzyma transportu 700 km. Poza tym sprawdziliśmy z dwoma fundacjami z Warszawy i Ostródy warunki w wybranym gospodarstwie na Mazurach. Okazały się nieodpowiednie dla tej klaczy. Teren gospodarstwa nie ogrodzony, a właścicielka mieszka dziewięć kilometrów od stajni – wyjaśnia Dorota Dąbrowska z KTOnZ. Podkreśla, że większość koni objętych opieką KTOnZ wymaga pomocy medycznej. Lekarze odwiedzają je co tydzień. – Gdyby Awersja miała grzybicę, prosilibyśmy lekarzy, żeby na nią zerknęli, tym bardziej że nie wiązałoby się to dla nas z dodatkowymi kosztami. Ponadto prof. Okulski, który zajmował się zastoiną w dolnej części brzucha i problemami Awersji z krążeniem, zwróciłby uwagę na zmiany skórne. Dzisiaj u Awersji była jedna z naszych wolontariuszek. Kategorycznie stwierdziła, że koń nie ma żadnych zmian skórnych, ranek, zadrapań – dodaje Dorota Dąbrowska. Nie wyklucza jednak, że w czasie niezapowiedzianej wizyty zakopiańczyków w Gdowie, klacz miała otarcie od nowego kantara (rodzaj uzdy służącej do uwiązania konia w stajni). Tłumaczy, że Awersja mieszka w jednym boksie z Maćkiem, ponieważ konie się polubiły. Boks ma odpowiednie wymiary, Awersja wraz z innymi końmi korzysta z kilkuhektarowego, ogrodzonego pastwiska. – Stajnia ma okna i oświetlenie elektryczne. Gdyby Awersja stała na betonie, gnijącej ściółce, odbiłoby się to na stanie jej kopyt. Zaraz po przyjeździe Awersję odwiedził kowal, który wystrugał jej kopyta. Do chwili obecnej nic nie było z nimi robione, bo nie ma takiej potrzeby. Są w bardzo dobrym stanie – wyjaśniają w KTOnZ.
Przypominają, że Awersja jest dla Towarzystwa obciążeniem finansowym. Za pobyt konia w Gdowie płaci się 400 zł miesięcznie. Koszt transportu na Mazury to mniej więcej 3 tys. zł. – Nasza decyzja o nietransportowaniu klaczy na Mazury nie ulegnie zmianie, niezależnie od tego, jak intensywne będą naciski pani radnej Łojas. Dobro klaczy przemawia za tym, by nie jechała na Mazury, tylko pozostała w Gdowie do czasu znalezienia odpowiedniego domu w pobliżu Krakowa. Teren Podhala jak najbardziej wchodzi w grę. Warunkiem adopcji jest zapewnienie koniom Awersji i Maćkowi odpowiednich warunków w stajni oraz dostępu do ogrodzonego, w miarę płaskiego pastwiska – podsumowuje Dorota Dąbrowska.
Takie stanowisko dziwi w szkole, która zorganizowała akcję ratowania Awersji. – Dzieci czują się oszukane – mówi zbulwersowany Marek Donatowicz, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Zakopanem. – Dorośli psują to, co zrobiły dzieci. Nie poprzestanę na tym, będę interweniował i wykorzystam wszystkie możliwości, żeby sprawę transportu konia na Mazury doprowadzić do końca. Jego zdaniem animozje pomiędzy towarzystwami opieki nad zwierzętami z Krakowa i Zakopanego sprawiły, że koń, zamiast jechać na Mazury, został zaanektowany i trafił do Gdowa.
Źródło: Tygodnik Podhalański
Autor: Rafał Gratkowski





