W pożarze stadniny w Wólce Wieprzeckiej k. Zamościa zginęło siedem koni. Spaleniu uległa część pomieszczeń stajni i ujeżdżalni, a także sprzęt rolniczy, słoma, siano, zboże. Straty są ogromne, a przyczyny nadal nieznane.
Takiego pożaru to w naszej wsi jeszcze nie było. Wielka tragedia. Najbardziej szkoda tych zwierzaków – mówi Piotr Koczułap, sołtys i zarazem szef Ochotniczej Straży Pożarnej w Wólce Wieprzeckiej. Był jednym z pierwszych druhów, którzy gasili płonące zabudowania. Ogień wydobywający się z dachu stodoły przylegającej do innych budynków, m.in. stajni i ujeżdżalni, zauważyli we wtorek (23 lutego) po godz. 21 miejscowi, których posesje sąsiadują ze stadniną. W kompleksie zabudowań jest również część mieszkalna. Gdy doszło do pożaru, nikogo tam nie było. Mariusz Wasil, właściciel stadniny, wraz z rodziną na stałe mieszka w Zamościu. Prowadzi cukiernię. Konie to jego pasja. Budowę stajni rozpoczął 6 lat temu, sukcesywnie ją rozbudowując i powiększając tym samym hodowlę koni (głównie rasy małopolskiej). W końcu powstało gospodarstwo agroturystyczne z tych, o których popularnie mówi się „pod siodło”. O pożarze powiadomili go telefonicznie znajomi mieszkający w Wólce Wieprzeckiej. Ludzie wezwali też strażaków.
Nie czekając na nikogo, mieszkańcy ruszyli na pomoc uwięzionym w stajennych boksach koniom.
- Palił się budynek, w którym składowana była m.in. sprasowana słoma i siano. Ogień zajął też część boksów. Wszędzie pełno było dymu. To utrudniało nam działania – kontynuuje Piotr Koczułap.
Strażackie 15 godzin
Kiedy jedni wypuszczali konie na wybieg, drudzy polewali wodą palące się budynki. Najpierw za „węże” chwycili miejscowi druhowie, zaraz po nich przyjechali członkowie OSP z pobliskich Kosobud. Wkrótce dołączyły kolejne jednostki.
Mimo starań osób biorący udział w akcji (uczestniczył w nich także właściciel, który gdy tylko dowiedział się o tragedii, pojawił się w stadninie), nie udało się uratować wszystkich zwierząt.
- Niestety siedem koni zginęło w pożarze – mówi starszy kapitan Andrzej Szozda, rzecznik prasowy komendanta miejskiego PSP w Zamościu.
Padło pięć klaczy, 2- i 3-letnie oraz dwa kuce. Wszystkie należące do szefa stadniny. Pozostałe 21 koni, z których część ma innych właścicieli, w porę udało się uchronić przed żywiołem. Jedna klaczka ma poparzenia. Na szczęście niewielkie.
Strażacy opanowali sytuację dopiero po godz. 23. Jednak akcja ratownicza trwała znacznie dłużej. Ostatnie wozy strażackie odjechały z miejsca zdarzenia dopiero następnego dnia po południu.
- Trzeba było wywozić z pogorzeliska i polewać wodą wciąż palącą się słomę i siano, które znajdowały się w budynku - dodaje Andrzej Szozda.
Pożar gasiły trzy zastępy JRG Zamość, a także jednostki OSP Mokre, Kosobudy, Białowola, Suchowola, Wólka Wieprzecka, Szewnia Dolna, Lipsko, Wysokie, Zawada oraz Płoskie. Strażacy zużyli łącznie 200 metrów sześc. wody.
Czyja to była wina?
Straty są spore. Szacuje się je na 150 tys. zł. Zginęły zwierzęta. Całkowitemu spaleniu uległa wiata magazynowa wraz ze słomą, sianem i zbożem. Ogień częściowo zniszczył stajnię, ujeżdżalnię. Z dymem poszedł też sprzęt gospodarski - ciągnik rolniczy, prasa rolująca do słomy, przyczepa.
- To jest dobry gospodarz, poradzi sobie. A i ludzie chętnie mu pomogą – zaznacza sołtys Koczułap.
Pomoc zaoferowało już sporo osób. Rolnicy, hodowcy koni. Chcą przekazać słomę, siano, zboże.
- Stała się wielka tragedia. Kiedy zobaczyłem te martwe, popalone zwierzęta, płakać mi się chciało. Tego zwyczajnie nie da się opisać – usłyszeliśmy od Zenona Koziny, właściciela stajni z podzamojskiego Płoskiego.
Okoliczności i przyczyny zdarzenia badają policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Zamościu. Zaangażowali biegłego z zakresu pożarnictwa i biegłego elektryka. W ubiegłym tygodniu z ich udziałem odbyły się oględziny pogorzeliska.
- Za wcześnie mówić, co było przyczyną pożaru. Gromadzimy materiał, czekamy na opinie ekspertów – mówi mł. asp. Mariusz Sykała z wydziału kryminalnego zamojskiej komendy.
Mundurowi pod uwagę biorą dwie okoliczności - zwarcie instalacji elektrycznej albo podpalenie. Strażacy, którzy uczestniczyli w oględzinach miejsca zdarzenia twierdzą, że „elektryka” była dość solidnie wykonana.
- W pomieszczeniach ujeżdżalni i wiacie były zamontowane lampy, mające specjalne osłony przeciwwybuchowe. W tego typu obiektach ich montaż nie jest wcale obowiązkowy – podkreśla Andrzej Szozda.
Źródło: Kronika Tygodnia





