Ruch na drodze nie pozwolił na przeładunek koni. Po wyciągnięciu samochodu pojechały do punktu odpoczynkowego dla zwierząt w Zebrzydowicach, prowadzonego przez firmę Agrosped, w jednej przyczepie żywe z martwymi.
- Koń wie, co oznacza zapach krwi. Widziałem konie w rzeźni, stojące w kolejce do uboju. Odwracały głowy. To tak potężny stres, że zabronione jest wyciąganie stamtąd zwierząt, bo psychicznie nigdy nie dojdą do siebie - mówi Dominik Nawa, który w Ćwiklicach pod Pszczyną prowadzi przytulisko dla koni Przystań Ocalenie. Pszczyński inspektorat od razu powiadomił go o wypadku.
Przed 8 Nawa dzwoni do Agrospedu. Podobnie jak na targowiskach końskich chce wykupić zwierzęta, które najgorzej by zniosły dalszą podróż. Oferuje transport do kliniki weterynaryjnej i leczenie z własnej kieszeni. Zaznacza, że załatwi wszystko w pół godziny, wystarczy zgoda, a pieniądze nie grają roli. Bez odzewu.
Zadzwoniliśmy do Agrospedu przed 11. - Konie postoją u nas 24 godziny. Ogląda je lekarz weterynarii - mówił prezes Zdzisław Sztymon. - Dwa nie mogą jechać dalej. W ciągu kilku godzin zostaną zagospodarowane. Jeśli ich stan się nie poprawi, zostaną skierowane na ubój.
- Jest ktoś, kto może je uratować - wtrącamy.
Sztymon wie, o kim mówię. - Żaden Nawa im nie pomoże. Przecież to są konie rzeźne, a nie do hodowli - ucina.
- Możemy je zobaczyć? - pytamy.
- Nie - pada krótko w słuchawce.
Agrosped ma odpowiednie warunki dla zwierząt, kilka lat temu wpuszczał na swój teren "zielonych" i dziennikarzy, pozwalał na fotografowanie. - Ale nasza obecność odstrasza klientów - mówi Nawa.
Próbujemy wpłynąć na los koni przez powiatowego inspektora weterynarii w Cieszynie, któremu podlega lekarz z punktu w Zebrzydowicach. - Za późno - mówi Bogusław Kubica, chociaż minęła ledwo godzina. - Już są w ubojni. Miały rozległe obrażenia narządów wewnętrznych.
Pęknięcie śledziony i wątroby było jednak tylko podejrzeniem ustalonym na podstawie odsłuchu, bo w Zebrzydowicach nie ma tomografu. - Lekarz, który badał konie, ma długoletnią praktykę przy transporcie zwierząt. Nie mam powodu podważać jego kompetencji - Kubica niechętnie z nami rozmawia. Twierdzi, że decyzja jego podwładnego była najbardziej humanitarna. Transport do kliniki i leczenie mogłoby przysporzyć koniom kolejnych cierpień.
- Ale przewieziono je do ubojni, zamiast natychmiast poddać eutanazji - wytykamy.
Kubica: - Koń to szlachetne zwierzę, z drugiej strony jest częścią łańcucha pokarmowego. Podanie środka do eutanazji wykluczyłoby zdatność mięsa do spożycia.
Wciąż pozostaje niejasne, dlaczego konie nie mogły trafić do przytuliska w Ćwiklicach, skoro ekonomicznie nikt by na tym nie stracił, ba, Przystań wspierana finansowo przez miłośników zwierząt, gotowa była przebić cenę koniny. - Nie rozdmuchiwać, nie pokazywać, nie pisać o tym, jak przewożone są zwierzęta - wyjaśnia Nawa.
Wypadek w Pawłowicach był najtragiczniejszym z udziałem zwierząt w ostatnich latach. Na co dzień zdarzają się mniej spektakularne. Konie w transporcie obcierają się, gryzą, kopią, łamią nogi, ślizgając się na odchodach. Być może by do tego nie dochodziło, gdyby jeździły w przegrodach i częściej zatrzymywały się na odpoczynek. - U nas tej tragedii jeszcze nie widać. Dopiero za granicą, po 48 godzinach podróży - mówi Nawa. - Dlaczego wysyłamy konie, a nie koninę? Bo Włosi lubią wiedzieć, co jedzą? Podobno to jeden z powodów. Gdybyśmy transportowali mięso, byłoby to bardziej humanitarne i opłacalne, zarobiłyby nasze ubojnie.
Inspektor Kubica przyznaje, że nie wiedział, że Nawa interweniował od rana. Zamierza dopisać do procedur punktu w Zebrzydowicach, że w sprawie zwierząt, którym stan zdrowia nie pozwala na kontynuowanie podróży, ale umożliwia poddanie leczeniu, należy kontaktować się z Przystanią Ocalenie.
11 koni, które nie ucierpiały w wypadku, w niedzielę rano wyruszyło dalej do włoskiej rzeźni.
Źródło: gazeta.pl
Fot. Dawid Chalimoniuk





